Pies zawsze zamknięty. Byczyna, jesień 2015

Kminek
20 sierpnia 2016

Są takie sytuacje, kiedy zwierzę utrzymywane jest przez starszą, samotną osobę i choć warunki w jakich przebywa nie są dobre, trudno też mówić o podstawach do jego odebrania – a co za tym idzie do zgłoszenia w prokuraturze popełnienia przestępstwa.

Osobiście takich spraw nie lubię. Spraw, gdzie mam do wyboru: pozostawić zwierzę na jakimśtam podwórku – ze świadomością, że nie ma mowy o opiece z prawdziwego zdarzenia, miękkim kocyku, smakołykach czy głaskaniu – ba, o spacerze nawet – czy starać się odebrać zwierzę i bezlitośnie ciągnąć do odpowiedzialności karnej kogoś w wieku lat powiedzmy osiemdziesięciu. Jasne jest, że taka osoba ani nie działa celowo, ani nie można też oczekiwać, że jest na bieżąco z przepisami dotyczącymi ochrony zwierząt. Przez ogromną większość jej lub jego życia bowiem zwierzęta praw nie miały wcale, a i nikt się nimi specjalnie nie przejmował. Mało tego – teraz to właściwie są luksusy jak nigdy dotąd, więc „czemu, dziecinko, się czepiasz?”.
Staram się jakoś w tym lawirować. Trochę wywalczyć zmianę warunków, coś poprawić, żeby zwierzakowi było lepiej. Zdarzało się sprezentować budę czy dość regularnie dowodzić karmę, ale taki układ działać może tylko wówczas, kiedy są dobre chęci, a kuleją możliwości. Kiedy tych chęci brakuje, ciężko jest cokolwiek wymyślić.

O tej sprawie wiemy od bardzo dawna. Tak naprawdę psa poznałam zanim jeszcze trafił do swego właściciela – pomagałam w poszukiwaniu domów dla całego miotu urodzonego kilka domów dalej. Dwa szczeniaki szczęścia nie miały. 

Już kilka miesięcy później zostałam wezwana na miejsce, żeby sprawdzić warunki utrzymywania zwierząt. Nie było trudno rozpoznać „moich” maluchów, już podrośniętych i z bródką. Zamieszkały w murowanym budynku służącym za kojec, bez budy w środku, za to zastawione kratami podpartymi sporą belką. Nie bardzo chce mi się wierzyć, że właściciel każdego dnia tę belkę odsuwał, żeby dać psom możliwość pobiegania. Miły, starszy pan przyjął jednak do wiadomości to, co mu przekazałam i obiecał poprawić warunki, a do tego posprzątać krowom i kozom, stojącym w innym budynku, tuż pod sufitem. Wśród gdakających wszędzie kaczek odeszłam, by wielokrotnie wracać. Prosić, tłumaczyć, grozić, upominać – a wszystko bez skutku.

W którymś momencie pojawiła się tam duża, piękna buda, pachnąca świeżym drewnem, ciepła i przytulna. I uwierzyłam, że będzie lepiej, że coś się zmieni. Psy mogły calusieńką zimę wciskać nos w kraty i patrzeć na swoją piękną budę, stojącą tuż poza ich zasięgiem, a kiedy po dłuższym czasie wróciłam na miejsce, zastałam ją dokładnie tam, gdzie była ostatnio – 2 metry od krat. Tam spróchniała.

W którymś momencie suka zniknęła, została oddana sąsiadom. Pozostał tylko pies – wielki, czarny, zawsze skaczący na swoje kraty, zawsze wciskający w nie łeb, zawsze sprawiający na mnie wrażenie przerośniętego szczeniaka. Nie potrafiłam mu pomóc. Było za dobrze, żeby wejść z konkretnym działaniem i zbyt źle, żeby tak to zostawić.

W którymś momencie przestałam też wierzyć w słowa właściciela – wykształconego człowieka o bardzo ugodowym, grzecznym sposobie mówienia, zawsze jakby zawstydzonego i przyłapanego tuż-tuż zanim zdążył coś zrobić, zawsze z całą powagą obiecującego zmianę. I nigdy nic nie zmieniającego.

Minęły lata. Pięć długich lat, kiedy mniej lub bardziej regularnie byłam na miejscu, kiedy łudziłam się, że przekonam, namówię, coś może wymuszę. Kiedy słyszałam oburzone głosy, że zostawiam psa bez pomocy, jestem bez serca i jak ja mogę, i kiedy słyszałam oburzone głosy, że gnębię starszego człowieka, szanowanego, byłego nauczyciela, że jestem bez serca i jak tak mogę. Były to lata, kiedy starałam się pomóc psu, jednocześnie oszczędzając ich właścicielowi wstydu, kosztów i problemów.

Czas mijał. Dopiero teraz, porządkując dokumenty zdałam sobie sprawę ile czasu minęło. Nadszedł październik 2016, kiedy zadzwoniła do mnie sąsiadka właściciela psa. Opowiedziała, że pies jest chory, że był weterynarz, że potrzebne leczenie, że właściciel nie chce go oddać, że nie karmi, że źle się dzieje – pomocy.

Po raz kolejny wspólnie z policjantami pojechaliśmy na miejsce. Tym razem przyjechała też pani z Urzędu Gminy. Pies, z wielkiego czarnego smoka stał się cieniem, przemykającym gdzieś pod ścianą swego budynku. Co zaskakujące, miał czysto – pierwszy raz! – i pod kratą leżała tacka z ryżem i marchewką, nietknięta. 

Dzień wcześniej sąsiadka wezwała (i sama opłaciła) weterynarza. Przyjechał, pooglądał słaniającego sie na nogach psa, powiedział, że jeśli tak zostanie, niedługo zdechnie. Następnego dnia po naszych oględzinach skierowaliśmy do Burmistrza Byczyny wniosek o czasowe odebranie psa właścicielowi, od razu dostaliśmy decyzję.

Czarny cień przyjechał do nas. Na uginających się łapach wychodził na pierwsze spacery, nie bardzo rozumiejąc i nie bardzo wierząc w to, co go spotkało. A mnie, jak zawsze, uderza widok zwierzęcia, które nie potrafi biegać. Nie wie, jak równoważyć ciało w ruchu, zwyczajnie nie potrafi się płynnie poruszać. Czarny cień snuł się wiec cicho na swoich zbyt miękkich łapach, prawdopodobnie takich z powodu błędnego żywienia w szczenięctwie. Nazwaliśmy go Shadow.

Sprawa jest w toku. Shadow od razu trafił do gabinetu weterynaryjnego, rozpoczął leczenie i jakiś czas później wrócił do zdrowia. Nad jego psychiką na co dzień pracował Tomek, dbając o socializację i solidną dawkę ruchu, ale też pracując nad posłuszeństwem. A ja skierowałam dokumenty do prokuratury.

Marta Wanetzky-Matuszczyk
Marta Wanetzky-Matuszczyk
Od zawsze zaangażowana w sprawy zwierzęce - od psich zaprzęgów, szkolenia i układania psów, pracy z końmi aż po resocjalizację z udziałem zwierząt. Zafascynowana psychologią, wpływem wychowania i doświadczeń na późniejsze postępowanie i osobowość człowieka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *